Walczę o oddech

 

Kot nie wejdzie do wody
Zachowując spokój
To niemożliwe

Jestem
W sytuacji gorszej
Niż statystyczny kot

Tkwi we mnie
Niepokój
Dookoła oceany

(miłość) Szczęśliwa

 

Szymborska pisała
Lepiej nie wierzyć
W to co nie istnieje
Ale przecież przez chwilę
Między wojną a wojną
Między jednym zaćmieniem a drugim
Między wrzaskiem a krzykiem
Mieliśmy ją i szczęście i ciepło
I ja wierzę
Tak
Wciąż wierzę
Że istnieje tak po prostu
Jak słońce i księżyc i chmury
Jeśli nie z Tobą to może ktoś inny
Jeśli nie z nim to może sama
Ale dla pożytku swojego i świata

Jeszcze się nie martwię

 

uczę się na nowo
znaczenia słów, które znam

Politeizm
słabe wino, słońce
i każdy człowiek
jest bogiem,
a wszyscy bogowie
są ludźmi

Totipotencjalność
gdzieś na poziomie komórki
możemy wszystko
są w nas miejsca,
które nie łakną
tak mówi nauka

Politechnika
chciałam nauczyć się
życia i liczb
panować nad sobą i światem
zrób to sama
odetchnij

Diorama
czy gdybym chciała
pokazać się z najlepszej strony,
powinnam ciąć wzdłuż mostka
co mam ładniejsze
płuca czy serce

(Policystyczny)

to nowe słowo
straszy deadline’em
to jedno z tych, które jest
lodowatym dreszczem
deadline, dead, dead, line
a to jedno z tych, które sprawia,
że wdzięczna jestem,
wzdychając po polsku

(jeszcze nie
może kiedyś)

obym nigdy nie poznała
znaczenia wszystkich słów

Rzecz o punktualności

 

Spóźniasz się i jeśli
Staniesz kiedyś w moich drzwiach

Cóż będę mogła ci dać
Niewiele już mi zostało
Niewiele prócz lęku
Który jest mój i raczej
Nie będziesz go chciał

Spóźniasz się i jeśli
Kiedyś wyciągnę rękę
Pewnie nie dasz mi
Tego wszystkiego czego dzisiaj mi brak

Ale nawet jeśli się spóźnisz

Dam ci to co wciąż mam

Zwiędłe kwiaty na na wpół pustej komodzie
Zdjęcie bociana ze złamanym skrzydłem
Trzy śrubki nie pasujące do niczego
Skrzypiącego konia na biegunach
Jakieś resztki uśmiechu

Spóźniasz się i dlatego
Mam nadzieję
To wystarczy

Do wszystkich zainteresowanych

 

Uśmiechnij się
Słyszę
Udaję że to nie do mnie
Unoszę kąciki ust
Na więcej mnie nie stać

Musisz być uważny
Przyglądać się
Inaczej
Nie zobaczysz

Nie zakochuj się we mnie
Nawet się nie waż

Jeśli nie umiesz liczyć
Gwiazd
Na próżno ale z uśmiechem
Jeśli nie potrafisz
Układać obrusów
Liter słów i kolorów

Nie zbliżaj się

Jeśli nie widzisz
Tego wszystkiego
Co starannie chowam
Dobra ze mnie pani domu
Odkurzam zamiatam układam
Z dala od wzroku gości

Jeśli musisz podejść bliżej
Lepiej nie podchodź wcale

Nie kupował jej kwiatów

 

Tekst powstał w ramach akcji Na tropie miłości. Tutaj znajdują się moje wskazówki. Moim tropem była „Zakochana złośnica”. Miałam wielką ochotę po prostu wybrać jakąś złośnicę z moich fandomów i przepisać tę starą jak świat historię. Ale potem pomyślałam, że Szekspir już był, więc może jednak podejdę do tego inaczej.

Nie kupował jej kwiatów

Nigdy nie polubiła żadnego mężczyzny, z którym byłam. A oni nie lubili jej.

Nie wiem, jak się poznałyśmy, nie dokładnie. Znamy się od dziecka i podejrzewam, że któregoś dnia w podstawówce po prostu stwierdziła, że zostaniemy przyjaciółkami. To na pewno nie byłam ja, takie rzeczy nawet kilkanaście lat później wciąż mnie przerażają. Ma to w sobie jakąś magię – nie pamiętam, jak się poznałyśmy, więc to tak, jakbyśmy znały się od zawsze.

Z czasem nauczyłam się siebie, wiedziałam już, jak zamienić moją łagodną i poetycką naturę w całkiem zmyślną i skuteczną tarczę do obrony przed światem. Ona nie miała tarczy, nie bała się, przynajmniej wtedy tak myślałam. Może dalej tak myślę. Pamiętam, że mnie zajęło lata założenie długiej spódnicy, kolorowych rajstop, kapelusza z wielkim rondem. A zrobiłam to dopiero, gdy mogłam spojrzeć w oczy przechodniom i mówić im bez słów: Jestem artystką, pogódźcie się z tym. Ona nie musiała. Zakładała długą spódnicę i mówiła głośno, że nie chciało jej się dzisiaj golić nóg. Zakładała kolorowe rajstopy i jej niebieskie, zielone albo czerwone łydki mówiły więcej, niż gdyby pokazywała światu środkowy palec (co też jej się czasem zdarzało). Zakładała ogromny kapelusz, w którym zawsze było jej do twarzy, przeklinała migreny i słońce i marząc o zimie, spacerowała ze mną ulicami naszego miasta.

Pierwszy mężczyzna w moim życiu pojawił się, gdy stała obok mnie. Czekałyśmy przy barze, gdy podszedł i poprosił mnie do tańca. W jej oczach pojawił się błysk, klepnęła mnie w ramię, wysyłając na parkiet. Wiedziałam, że nie oderwie od nas wzroku, czekając na najmniejszy znak mówiący, że nie czuję się komfortowo. Nigdy go nie poznała. Byłam młodziutka, szukałam iskry, gwiazdki z nieba i fajerwerków. Znienawidziła go, gdy mi tego nie dał.

Obie czekałyśmy. Ja malując, pisząc słabe wiersze i tworząc światy tylko dla siebie. Nigdy tego nie rozumiała, ale ja rozumiałam, że nie jest w stanie. Spacerowałyśmy ulicami naszego miasta, wciąż jeszcze nie wyczuwając żadnych zmian, były zbyt nikłe. Spacerowałyśmy, ona w rajstopach w kolorze akwamaryny, spódnicy i trampkach. Ja dopracowana do ostatniego szczegółu; miałam wtedy w zwyczaju tworzenie wieczorami biżuterii dopasowanej do każdego mojego stroju. Nie wyobrażałam sobie nawet, że mogłabym wyjść z domu w spódnicy i sportowych butach. Czasami się ze mnie śmiała. Oglądałyśmy głupie filmy i pozwalałam jej malować moje paznokcie, powieki i usta. Gdy przychodziła pora na rzęsy, wręczała mi szczoteczkę i lusterko.

Lubiłam jej babcię i mamę, lubiłam pewność, że zawsze odbierze, gdy zadzwonię. Lubiłam nawet to, jak się krzywiła, pytając, ile cukru wsypać mi do herbaty. Zawsze wiedziała, ale mimo to miała nadzieję, że tym razem wypiję gorzką, tak jak ona. Któregoś dnia jej mama kupiła w promocji poduszkę antyalergiczną specjalnie dla mnie. Spałam w ich salonie nie więcej niż kilkanaście razy w roku, ale za każdym razem wyciągała ją z opakowania i wręczała mi jak najpiękniejszy prezent. Nigdy im nie powiedziałam, że w domu śpię na niezdrowym dla mnie pierzu, a ich poduszka sprawia, że rano nie mogę ruszać szyją. Właśnie tak się przyjaźniłyśmy. Czasami musiałam odpuścić, czasami przecierpieć długą tyradę. Czasami ugryźć się w język.

Czas płynął, jak zawsze nierówno. Kolejne skoki i zrywy, a my wciąż spacerowałyśmy ulicami naszego miasta. Robiła mi zdjęcia, choć nie potrafiłam zrozumieć dlaczego. Teraz jestem jej więcej niż wdzięczna, bo przynajmniej je wciąż mam. Przyjeżdżała na weekendy opowiadać mi o studiach, o nowym, wspaniałym mieście, o ludziach i tramwajach. Uśmiechałam się, czasami opowiadając o mojej pracy. Szybko przestałam. Za każdym razem gdy otwierałam usta, sama czułam się znudzona, byłam znudzona do tego stopnia, że coraz bardziej uciekałam w stronę marzeń. Szczególnie tych, które tak trudno było mi ziścić. Czasami gdy przechadzałyśmy się brzegiem rzeki, miałam wrażenie, że mogłabym przejść po wodzie, że mogłabym się unieść w powietrze, gdyby tylko ktoś zechciał mnie uszczęśliwić. Czekałam, prosiłam, składałam modlitwy. Ona nie robiła żadnej z tych rzeczy. Umiała pływać od dziecka. Znała języki. Potrafiła rozmawiać z ludźmi inaczej niż ja. Ja potrafiłam mówić tylko bez otwierania ust, wystarczył mi pędzel i trochę farby. Gdy nieśmiało szeptałam o mężczyźnie, domu, dzieciach śmiała się, a rzeka niosła ten śmiech ulicami miasta, przez most aż na rynek. Na początku czułam się tak jakby stała na szczycie wieży ratusza i się śmiała. Patrzyłam na rzekę i zastanawiałam się, czy to, że ona nie potrzebuje tego, czego ja tak bardzo pragnę, daje jej upoważnienie do tego śmiechu. A potem czułam palce między żebrami, widziałam uśmiech i spacerowałyśmy dalej. A miasto wciąż było nasze, chociaż tylko w weekendy.

Poznałam go sama. Nie w klubie, nie przez znajomych. Poznałam go przez internet, jak przystało na nawiedzoną malarkę, która boi się ludzi. Może gdybyśmy wciąż żyły w jednym mieście, byłoby inaczej. Może wyciągnęłaby mnie na kilka domówek, do kilku klubów, może. Wtedy przecież jeszcze nie wiedziałam, że nie jestem w stanie przyciągnąć do siebie mężczyzny, gdy ona tańczy obok mnie. Nawet jeśli ma na sobie zwykłą koszulkę z postacią z komiksu albo z Małą Mi i napisem mam być szczera czy miła?. Nawet jeśli ja w tym czasie byłabym ubrana w najbardziej kobiecą sukienkę (z idealnie dopasowaną biżuterią). Nie masz iskry, powiedziała mi w dniu balu z okazji półmetka liceum, wciąż pamiętam, bo powiedziała to jako pocieszenie, niby przeprosiny po tym, co rzuciła mi lekko wcześniej. Wyglądałam wtedy źle w sukience, którą pomagała mi wybierać i fryzurze, o której marzyłam. Powiedziała to znowu innymi słowy, gdy oglądałyśmy zdjęcia kilka tygodni później. Uśmiechnęłam się, bo tak wyglądała nasza przyjaźń.

Poznałam go sama i to z nim spacerowałam ulicami miasta w czasie jej sesji. To były zupełnie inne ulice, zupełnie inne miasto, które z każdą randką poznawałam od nowa. Kiedyś zabrał mnie na wzgórze, z którego widzieliśmy wszystkie światła. Była zima, wtulona w jego ramiona miałam wrażenie, że serce po prostu mi puchnie. Nie tak poetycko, jak w tych filmach, które czasem oglądałyśmy na moją prośbę (gdy ona wybierała, komedie były bardziej zabawne niż romantyczne). Nie, miałam wrażenie, że moje serce po prostu puchnie, nie było w tym więcej niż po prostu mięśnie i czerwone krwinki zmierzające do celu. Pokazał mi rzeczy, których wcześniej nie znałam. Chojną ręką siał mi gwiazdy na niebie, nawet gdy go nie widziałam, czułam jego wpływ. Jeden kącik ust zawsze mi się unosił, czasami zakładałam czerwone rajstopy (ale tylko do czarnej spódnicy), kolejne obrazy pojawiały mi się same pod pędzlem. Dał mi to, czego chciałam i nie miała prawa go znienawidzić. Nie wtedy.

Przyszło lato, znów miałyśmy spacerować gorącymi ulicami naszego miasta. Ale na nasze pierwsze spotkanie po pierwszym roku jej studiów przyszła pod rękę z Maciejem. Wiedziałam, że przyjdzie, chociaż gdzieś w głębi duszy nie wierzyłam, dopóki go nie zobaczyłam. A może nawet wtedy nie, nie wtedy gdy podawałam mu dłoń, nie wtedy gdy wymawiałam swoje imię, choć tak bardzo chciałam syknąć: Byłam pierwsza, odczep się. Powstrzymałam się wtedy. Bo to właśnie zwykle robiłam. To ona mówiła ludziom prosto w oczy, że może i jest wredna, ale szczera. Nie lubiłam jej w takich chwilach. I ona chyba nie lubiła mnie wtedy, gdy próbowałam w jakiś sposób odnaleźć się w tej zupełnie nowej sytuacji. Dynamika naszej relacji została zachwiana tak bardzo, że nie wiedziałam nawet, z której strony złapać, by naprowadzić nas na właściwe tory. Z której strony nie próbowałam, z której strony nie chciałam pociągnąć, zawsze w drogę wchodził mi on.

Ale uśmiechała się do niego.

Spojrzałam na rzekę, wiedząc już, że nawet z mężczyzną w moim życiu nie potrafię po niej przejść. Zastanowiłam się, czy ona może. Czy ten cały Maciej jest dla niej na tyle dobry, że umożliwi jej odbicie się od wody prosto w chmury. Paplałam, z całych sił starając się nie być cicha, podobno wtedy zawsze sprawiam wrażenie obrażonej na cały świat. A patrząc na ich złączone ręce wiedziałam, że po prostu muszę sprawić, żeby mnie polubił. Nie mogłam jej stracić. Wtedy nawet jeszcze nie wiedziałam jak bardzo.

Szybko się dowiedziałam. Nie minął nawet miesiąc, gdy siedziałam w pociągu naprzeciwko nich. Wreszcie miałam studiować w tym samym mieście co moja przyjaciółka. Koniec z biurem, koniec z komputerami i papierami, które nauczyły mnie tylko jednego – że praca tam nie jest dla mnie. Powinnam pewnie wręcz czuć pod skórą iskry podekscytowania, miałam zdobyć dyplom, który za kilka lat miał zawisnąć w moim domu i potwierdzać, że jestem artystką. Świat za szybą wydawał mi się brzydki, po prostu brzydki, ale wolałam uciekać spojrzeniem tam, niż patrzeć, jak karmi go kawałkami jabłka. I tak słyszałam, przysięgam, że słyszałam cichy szept jego palców na materiale jej spodni. Nie mógł oderwać od niej ani spojrzenia, ani rąk. Mężczyzna, którego ja wybrałam, jak najbardziej mógł oderwać się ode mnie. Obracałam w głowie słowa, którymi mnie pożegnał nie tak dawno temu.

Irytowałam ich wtedy, wiem to. Oboje studiowali na jednym, inżynieryjnym kierunku. Wtedy jeszcze nie byłam tego świadoma, ale on nie słuchał nawet muzyki. Nie miał ulubionej piosenki, ale miał ulubione matematyczne prawa. Ona nigdy do końca nie rozumiała mojego milczenia. Jej milczenie było proste, było po prostu brakiem słów, które chciałaby wypowiedzieć. Czasami było też słowami, które musiała przełknąć, bo akurat zdała sobie sprawę, że nie chce być niemiła. Moje milczenie było czasem wieloma światami, w których mogłam się schować, przez które mogłam biec, by zgubić pogoń. Oglądała moje obrazy. Z czasem on też. Ale nigdy nie pozwoliłam jej czytać moich wierszy. Wiedziałam, że nie są dobre. Ale były moje, były tą częścią mnie, której nigdy nie odważyłam się jej pokazać i byłam świadoma, że to jedna ze słuszniejszych decyzji w moim życiu. Nawet teraz to wiem. Wtedy, w pociągu, końcem września roku, w którym zaczęłam studiować, byłam dla nich tylko smutasem, kimś kto specjalnie chciałby zepsuć im humory, bo ileż można. Nie wyprowadzałam ich z błędu, może do dziś myślą, że złośliwie wpatrywałam się w okno, nieświadomi, że musiałam milczeć, by nie wyć jak ranione zwierzę.

Paradoksalnie, gdy znów zamieszkałyśmy w jednym mieście, tylko się od siebie oddaliłyśmy. Mieszkałyśmy na dwóch końcach jednej linii tramwajowej, dzieliły nas jakieś trzy kwadranse, które czasem zdawały się dystansem nie do pokonania. Tak jak podejrzewałam, na początku próbowała mnie ciągać na domówki i imprezy w akademikach. Nie byłam zaskoczona, gdy nie polubiłam znajomych Macieja. Nie byłam też zaskoczona tym, że żadna z imprez nie skończyła się dla mnie znalezieniem kogoś, kto chciałby chociaż zawiesić na mnie wzrok na dłużej. Nie rozumiała tego. Strofowała mnie czasami jak przedszkolanka swoich podopiecznych. Byłam za cicha, za mało przebojowa, nie mówiłam co myślę. Wtedy miałam ochotę powiedzieć jej, że to ona ma w zwyczaju ranić ludzi, mówiąc co myśli. A ja nie mam zamiaru wymawiać ich znajomym, że są najnudniejszymi ludźmi na świecie. Zwykle pozwalałam jej się ubierać i malować przed wyjściem. Jęczała wtedy, że nie ma mnie w co ubrać, prawie wchodząc do mojej szafy, a potem próbując wcisnąć mnie w jej ubrania, co najmniej o rozmiar za małe. W końcu odpuściła.

Nie mogę powiedzieć, że nie chciałam wtedy znowu zostać odkryta. Znowu być dla kogoś najważniejszą myślą w środku nocy. Ale miałam dosyć próbowania, miałam dosyć spotykania nowych ludzi, choć tak bardzo chciałam spotkać tego jednego człowieka. Zamiast tego próbowałam odkryć nowe kolory. Bywały miesiące, w których wydawałam o wiele za dużo na nowe farby, a później gotowałam zupę pomidorową i jadłam ją kilka dni z rzędu. Bywały weekendy, gdy moja współlokatorka wracała do domu, a ja siadałam przed płótnem w piżamie. Czasami parzyłam herbatę tylko po to, by zaraz zapomnieć ją wypić. Trochę schudłam, ale nie zauważyłam tego ani ja, ani ona. Mieszkanie, choć nie moje, stało się dla mnie jedną z niewielu bezpiecznych przystani.

Nie oglądałyśmy już głupich ani romantycznych filmów. Nie spacerowałyśmy już ulicami naszego miasta, bo miasto w którym żyłysmy nie było nasze. Czasami wsiadałam do tramwaju i ruszałam w drogę na drugi koniec miasta. Pierwszy kwadrans zawsze był cichy, łapałam kolory i słowa, które potem mogłam namalowac lub spisać. Drugi kwadrans pełny był dźwięków, to były przystanki obok szkoły i obok targowiska, piskliwe głosy dzieci i siwe głowy staruszek. Ostatni kwadrans podróży był czystym zniecierpliwieniem. Oczekiwaniem końca. A na pętli zamiast mojej przyjaciółki zawsze stali oni. Uśmiech zamarzał mi na wargach.

Gdy dostawałam zaproszenie na obiad, mogłam być pewna, że gotował będzie Maciej. Gdy szłyśmy do kina, szedł razem z nami niezależnie od tego, jak babski film wybrałam. Gdy zapraszała mnie do teatru, odmawiałam, wynajdując najgłupsze wymówki, łącznie z tym, że nie mam odpowiednich ubrań. To brzmiało już zdecydowanie jak randka, którą zepsuje moja obecność. Lubiłam tańczyć, zwłaszcza jeśli umawiałam się sama ze sobą, że to nie jest jedno z  tych wyjść, które ma obudzić moją nadzieję na coś więcej. Ale przestałyśmy wychodzić po prostu na tańce. Zawsze czułam się wtedy jak niechciana przyzwoitka. A niezależnie od tego, co widziałam czasami w jej oczach, gdy pozwoliłam mojej artystycznej i wrażliwej części wypłynąć na powierzchnię, aż za bardzo wiedziałam, że właśnie to pozwala mi czytać i ją, i jego. Czasami miałam wrażenie, że zamiast nich widzę kolorowe plamy, którym muszę nadać jakiś kształt i formę, by je zrozumieć. Nigdy mi się to nie udało. Nie rozumiałam tej dynamiki, tych barw, które zlewają się w jedno tam gdzie płótno aż krzyczy o kontrast i gryzą się tam, gdzie oczy chciałyby znaleźć harmonię. On chciał wielu rzeczy, których ona nie chciała. Była szczera, jak zwykle szczera do bólu, gotowa powiedzieć na pierwszej randce, że jest leniwą bałaganiarą, nie chce dzieci ani męża. A on przez lata sprzątał jej mieszkanie, gotował obiady i nie przynosił kwiatów, bo ich nie lubiła. I wciąż powtarzał, że kiedyś chce mieć żonę. Zwykle całowała go w najbliższy odsłonięty kawałek skóry i życzyła powodzenia w poszukiwaniu. Nie byli dla siebie wszystkim, o czym marzyli, ale jednak było w nich coś, co często kazało mi odwrócić wzrok. Nie tylko dlatego, że czułam się skrępowana. To był przede wszystkim mechanizm obronny.

Zakochała się. A ja bardzo starałam się go polubić.

Długo czekałam, ale w końcu stało się.

Zakochałam się. I ktoś zakochał się we mnie. Szkoda tylko, że były to dwie różne osoby. Nie spacerowałyśmy już żadnymi ulicami. To ona wsiadła jednej nocy do tramwaju gotowa na podróż długą na trzy kwadranse. Oddaliłyśmy się, ale wciąż pozostawała osobą, która pierwsza przyszła mi na myśl, gdy doszły do mnie druzgoczące wieści. Otworzyłam jej w szlafroku, ze splątanymi włosami i policzkami mokrymi od łez. Zdziwiłam się, widząc tylko ją. Potem ogarnęło mnie poczucie winy. Wzięła mnie w objęcia, tak jak to pamiętałam jeszcze z dni spędzanych nad rzeką. W czasie gdy studiowałyśmy, też się przytulałyśmy. Oczekiwała nawet, że ja i Maciej będziemy obejmować się przy powitaniach i pożegnaniach i robiliśmy to. Widać taka była nasza przyjaźń i taka było ich miłość. Ułożyła mnie na łóżku, przyniosła herbatę i zimny ręcznik. Ocierała mi łzy, zmieniała okłady na rozgrzanym czole. Opowiadała głupawe historyjki z koła naukowego, do którego dołączyła. Czekałyśmy razem na telefon, czekałyśmy, by się dowiedzieć, czy mężczyzna, którego kochałam, przetrwa noc. Nienawidziła go wtedy. Nienawidziła go za każdą łzę, którą otarła i po stokroć za każdą, którą wylałam przez te czterdzieści pięć minut, które spędziła w tramwaju. Przeżył, o czym poinformowała nas jego narzeczona.

Trochę mnie popchnęła, trochę namówiła, trochę sama chciałam choć przez chwilę poczuć się najważniejsza, nawet jeśli nie uważałam tego kogoś za najważniejszego. Chodziliśmy na podwójne randki. Ja, ona, Maciej i mężczyzna, którego ona nie lubiła, a ja nie kochałam. Powtarzała mi, że muszę zapomnieć o tym dupku, który ma już żonę, chociaż wiele razy prosiłam ją, by tak o nim nie mówiła. Prychała tylko i organizowała nam kolejną podwójną randkę, traktowała mnie i człowieka, który miał mnie pocieszać, jak parę, którą nigdy nie byliśmy. I znów siedzieliśmy gdzieś nad zbyt słodkim drinkiem, zbyt gorzkim piwem albo zbyt skomplikowaną planszówką. Czasami się zapominała. Czasami kopałam ją pod stołem, gdy zapominała, że przyjaźni się ze mną, a ten obcy nam mężczyzna nie zrozumie jej żartów i docinków. Że nie uśmiechnie się jak ja i nie pomyśli, że taka jest właśnie ta przyjaźń. Podwójne randki szybko się skończyły. Spacerowałam z nim ulicami miasta, które nigdy nie było moje, wpatrywałam się w inną rzekę i z całej siły starałam się przekonać, że to czuję. Że gdy mnie dotyka, gdzieś spada gwiazda, że wpada we mnie i rozgrzewa moje zziębnięte serce i lodowate palce. Nawet go malowałam. Trzy portrety mężczyzny, który spoglądał na mnie obojętnym wzrokiem obcego człowieka.

Patrzyłam na nich, na to jak łatwo przyszło jej to czego ja tak bardzo chciałam. Gdyby tylko chciała, Maciej już dawno ozdobiłby jej dłoń pierścionkiem. Ale ona nie czuła ukłucia strachu, nie słyszała szeptu nie zdążysz, przechodząc obok sklepów z zabawkami. Patrzyłam na nich i zazdrościłam jej wszystkiego, szczególnie tego, co dostała, choć o to nie prosiła. Wiedziałam, że dostanie jeszcze więcej.

Wiedziałam, że zabierze Macieja na to samo wzgórze, na którym kiedyś puchło mi serce. Widziałam to w jej spojrzeniu, gdy wypytywała, jak tam dojechać. Wiedziałam, że kiedyś kupią kota, że wtedy nawet antyalergiczna poduszka nie pomoże i że nie będę mogła już pojawić się na jej progu z piżamą w torebce. Nigdy nie zaryzykowałabym ataku duszności ani jej odmowy.

Byłam tylko naiwną marzycielką, która sama sobie wyrządzała największe krzywdy. Nauczyłam się już nosić wielkie kapelusze i kwieciste długie spódnice. Ale wciąż nie umiałam przekuwać marzeń na rzeczywistość i nie byłam pewna, czy kiedykolwiek się nauczę.

Nie lubiła ludzi. Czasami zastanawiałam się, czy lubiła chociaż mnie. Ale jedno wiem na pewno. Nie lubiła żadnego mężczyzny, z którym byłam. A ja nie lubiłam jedynego, który był z nią.

 

 

Poranki

 

Chciałabym, żeby ze snu wyrywał cię ten sam budzik co mnie. Żebym mogła pocałować cię delikatnie – jak na dzień dobry, jak na kocham cię – zamiast przecierać ze zdumienia oczy, że oto już skończyła się noc.
Tak właściwie jesteś tu ze mną. Przecież pocałowałeś moje ramię w tej ostatniej sekundzie, nim zadzwonił budzik, przecież to czułam. Wyczołguję się z łóżka, choć wolałabym zostać, wtulona w kołdrę i moje tęsknoty.
Jestem zazdrosna. O panią w kiosku, która wymieni gazetę na twój uśmiech, o tę uroczą koleżankę z uczelni, która ośmieli się ucałować twój policzek na dzień dobry.
Może później zadzwonisz.

(styczeń 2015)